Ostatnio mamy sporo wolnego czasu i bierze nas (oprocz relaksu rzecz jasna:) na przemyslenia.
Tak sobie patrze tutaj na to wszystko i nie sposob zaczac zastanawiac sie jak ten kraj funkcjonuje.
Idac przez ulice zaczepiaja dzieciaki proszac o pieniadze, robiac mine bolu nr 3 albo 18 wycwiczona od zawsze, liczac na Twoje glebokie wspolczucie i kilka rupii (przy uciekaniu od dziecka trzeba uwazac, zeby nie wpasc na tredowatego jezdzacego na malym wozeczku po ulicy 2 metry dalej), obok pies odrapany i zmeczony po nocy (psy w dzien w wiekszosci spia, za to po zmierzchu slychac potezne bandy i odglosy dantejskich scen jakie sie w okolicach odbywaja) wymiotuje na ulice (zreszta ludzie niedaleko tez), krowy szwedaja sie w amoku robiac kupy gdzie popadnie (nawet na cmentarzach), osly co ciekawe, w wiekszosci stoja w miejscu (wyjatkowo uparte w swoim postanowieniu), ulicami plyna rzeki albo drogi plyna rzeka (trudno stwierdzic czasami) i taka tu codziennosc.
Z ciekawych rzeczy wczoraj odwiedzilismy dwa dziwne punkty. Jeden to dom starcow. Byl przepelniony zgrajami i calymi klanami malp ktore na dziedzincu odbywaly bitwy w odleglosci kilku metrow od starszych "wypoczywajacych" ludzi. Robilo dosyc niebezpieczne wrazenie, zwlaszcza ze niektore malpy wygladaly jak po wyjsciu z kryminalu (pociete twarze, futro).
Z drugiej strony, bylismy zobaczyc stary kosciol anglikanski pomiedzy Dharamshala a McLeod Ganj. Typowy brytyjski styl, tylko zapuszczony strasznie. Chcielismy zobaczyc, czy mimo wszystko sa msze w niedziele, ale wszystko bylo pozamykane. W koncu, przyszedl jakis stroz, ktory zaczal kombinowac cos przy drzwaich i kategorycznie dal do zrozumienia zebysmy sie oddalili na chwile. okazalo sie, ze w kosciele jako stroz nr 2 byl ujadajacy pies, jak zwykle poszarpany, agresyny, tym razem z objawami wscieklizny. tylko przez moment spojzalem mu w oczy i pozniej NAPRAWDE nie mialem ochoty. Pies byl na lancuchu grubosci reki i mial zalozone 4 kludki na szyi. Okazalo sie, ze stroz wyszedl z nim "na spacer". W okolicy jest pieknie polozony cmentarz zolnierzy angielskich z przelomu XIX i XX wieku. Porobilismy troche fotek i poszlismy do McLeod Ganj.
Ale nie to jest najciekawsze z atmosfery tutaj. Mysle, ze ciekawsze jest to, ze caly spektakl odbywa sie tutaj przy swiecacym sloncu, usmiechnietych Hindusach i spokojnych, zawsze wesolo wygladajacych (zgodnie stwierdzilismy ze maja dobre i pozytywne Feng Shui) mnichach buddyjskich. Atmosfera miasta jest pelna energii i radosci dookola. I to jest w tym wg mnie najciekawsze, ze codziennosc buduje sie na pozytywnym mysleniu.
Co rownie wazne, cenimy sobie kraj za to, ze tu nic nie jest ukrywane, wszystko dzieje sie na oczach przechodnia (chodzacego po ulicy, bo chodnik sluzy zeby na nim usiasc, pogadac, pohandlowac). Dzieki temu, cokolwiek sie dzieje, wszyscy to widza. Mysle, ze z tego punktu widzenia w Europie jest sporo do zrobienia- w zakresie kontaktu miedzy ludzmi. Dlaczego w krajach rozwinietych regola jest ze ludzie majac spokojniejsze zycie, dostatniejsze sa mniej szczesliwi, a co gorsza sa dalej od siebie(choc wystarczy do kogos podjechac, albo zadzwonic, a nie isc piechata kilka godzin)?
No nic... to tak z przemyslen na temat rzeczywistosci;) Chcialem po prostu napisac, ze nam sie tutaj podoba i poki co jestesmy naprawde zadowoleni z wyjazdu!Polecam wszystkim!
piątek, 12 września 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz